Znajdziesz nas na:

Główna

Robert Iwanek: : „Cały czas jestem przede wszystkim kibicem”

Zna go wiele osób. Nie gra w żadnej drużynie (choć po lokalnych boiskach biegają za piłką podobni jego postury) a i tak jest bardziej ceniony niż wiele sław które widzimy co tydzień na stadionach. Fanatyk, dziennikarz i członek zarządu MKS-u Piaseczno w długiej rozmowie opowiada jak to jest gdy ktoś, kto stał na trybunach i wspierał ukochaną drużynę nagle spogląda na klub jako zarządzający i nie tylko.

Krzysztof Traczyk: Miałem zacząć, że po dostaniu się do zarządu klubu zamieniłeś dres na garnitur, ale…

ROBERT IWANEK: …ale nigdy nie chodziłem w dresie, a i w garniturze rzadko można mnie zobaczyć. Na szczęście, bo w jednym czy drugim źle się czuję.

KT: Jak wygląda droga od kibica do członka zarządu MKS-u?

W moim przypadku była dość długa, bo jeszcze kilka lat temu w ogóle nie pomyślałbym, że wejdę w struktury klubu. Zaczynałem, jak mówiłeś, od zwykłego jeżdżenia na mecze. Sporo zmieniło się po założeniu świętej pamięci joggera, bo wówczas – z sezonu na sezon – coraz bardziej interesowałem się nie tylko tym, co dzieje się na meczach pierwszej i drugiej drużyny, ale też rozgrywkami zespołów młodzieżowych, a później także sytuacją we władzach klubu. Po raz pierwszy znalazłem się bliżej KS-u za sprawą ówczesnego dyrektora, Andrzeja Lewandowskiego. Wtedy była to jeszcze dość luźna współpraca, polegająca głównie na wykorzystywaniu moich relacji na oficjalnej stronie klubu. Po pojawieniu się w Piasecznie Marcina Wojteckiego działałem jeszcze więcej, aż w końcu – już w nowym stowarzyszeniu, po kilku latach jego funkcjonowania – dostałem propozycję wejścia do zarządu.

KT: Od kogo?

Pierwsze rozmowy odbyłem z trenerami Danielem Barcickim i Mariuszem Arakiem, ale moją kandydaturę oficjalnie zgłosił podczas zebrania członków stowarzyszenia… właśnie pan Lewandowski, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, bo wiesz, że za czasów jego działalności w klubie relacje na linii zarząd – kibice układały się różnie. Moja kandydatura przeszła przez aklamację. No, prawie, bo przy jednym głosie wstrzymującym się.

KT: Twoim?

Tak. Głupio mi było głosować na siebie.

KT: Zastąpiłeś w zarządzie legendę polskiej piłki, Dariusza Dziekanowskiego. To duże wyróżnienie.

W tamtym momencie z zarządu odchodziły dwie czy trzy osoby, więc nie wiem, czy można mówić, że to akurat ja zastąpiłem Dariusza Dziekanowskiego. Tym bardziej, że moja rola znacznie różni się od tego, co on miał robić. Ale fakt, duże wyróżnienie i duża odpowiedzialność. Jak to w największym klubie piłkarskim w powiecie.

KT: Jak wygląda praca w zarządzie od strony byłego kibica i czym dokładnie się zajmujesz?

Dlaczego „byłego”? Cały czas jestem przede wszystkim kibicem. W klubie zajmuję się głównie oficjalną stroną internetową, kontaktami z kibicami, lokalnymi mediami itp., ale wiadomo, że jako zarząd musimy podejmować decyzje na różnych płaszczyznach. Co do samej pracy, to wejście w struktury klubu mocno zmienia spojrzenie na wiele spraw. Zaczynasz dostrzegać bolączki, których nie widzisz, gdy jesteś tylko fanem, nawet będącym blisko zespołu. Dowiadujesz się, że pewne sprawy nie są czarno-białe, bo między tymi barwami jest jeszcze mnóstwo odcieni szarości. No i przede wszystkim uczysz się, że gorąca głowa w wielu przypadkach bardziej szkodzi, niż pomaga.

KT: Jakieś konkretne przykłady?

Wolałbym o nich nie mówić, bo są to sprawy wewnątrzklubowe. Powiem tylko tyle, że po wejściu do zarządu w ciągu dosłownie kilku tygodni dwa razy przepraszałem prezesa Jacka Krupnika, bo źle oceniłem pewne sprawy i za bardzo się „zagrzałem”.

KT: Wiesz, że mówi się, że w zarządzie jesteś człowiekiem Jarosława Ludwiniaka?

Kiedyś mówiło się o mnie, że jestem „pitbullem Ludwiniaka”, więc ta ocena i tak jest łagodniejsza (śmiech). A tak na poważnie, co znaczy: „człowiek Ludwiniaka”? Że wiceprezes kopie mnie pod stołem w kostkę, żebym podniósł rękę wtedy, kiedy on? W takim razie raz jestem człowiekiem Ludwiniaka, raz Kobzy, a raz Krupnika. Zawsze podejmuję decyzje, które w danej chwili uważam za najlepsze dla klubu. Czas pokaże, co zrobiłem dobrze, a co źle.

KT: Które decyzje przeszły dzięki twojemu głosowi, a które zostały przez twoje weto zablokowane?

Kiedy zapada jakaś decyzja, to komunikat ma być taki, że podjął ją cały zarząd. Niezależnie od tego, czy przeszła ona przez aklamację, stosunkiem głosów 3:1, czy 2:2, przy decydującym głosie prezesa klubu. Żeby potem nie było komentarzy, że ta osoba z zarządu jest dobra, a tamta zła.

KT: Ale i tak pewnie więcej osób odbiera cię lepiej, niż resztę?

Nie wiem. A jeżeli tak jest, to przede wszystkim ze względu na ustalony przez nas podział obowiązków. Łatwiej jest dostać po głowie, gdy odpowiada się głównie za finanse czy transfery, niż kiedy kojarzysz się ze stroną internetową, facebookiem, czy funkcją spikera.

KT: A ty dostajesz po głowie?

Na pewno mniej, niż prezes Krupnik, bo on jest na najbardziej eksponowanym stanowisku i to przede wszystkim na niego spadają gromy. Ale ja również obrywam. Czasem słusznie, czasem nie.

KT: Kiedy jest słusznie?

Na przykład wtedy, gdy kibice mają do mnie pretensje, że relacja z sobotniego meczu pierwszej drużyny zamieszczana jest na oficjalnej stronie klubu w poniedziałek po południu. Albo wtedy, gdy rodzice mówią mi, iż nie podoba im się to, że przez całą rundę tylko raz pojawiłem się na meczu rocznika, w którym grają ich dzieci. To są jak najbardziej słuszne pretensje, bo dla kibica czy rodzica najważniejsze są efekty, a nie przyczyny.

KT: A jakie są przyczyny?

Jest ich wiele. Przede wszystkim nie utrzymuję się – jak wciąż myśli wiele osób – z działalności w klubie. Mam normalną pracę, a w MKS-ie funkcjonuję po godzinach, w swoim wolnym czasie. Powiedzmy, że mecze kończę o godzinie 19.00 czy 20.00, a następnego dnia jadę do pracy na 7.00, co oznacza dla mnie pobudkę o 4.30. Mam do wyboru: albo napiszę relację od razu, ale następnego dnia w pracy będę wyglądał jak zombie, albo prześpię się te 5 godzin, ale notka na stronie pojawi się dopiero po pracy. Takie dylematy mam regularnie. Inną sprawą jest to, że kiedy wybieram się np. na mecz wyjazdowy pierwszej drużyny, to siłą rzeczy nie mogę być w tym samym czasie na starciach zespołów juniorskich itp.

KT: Czym zajmujesz się zawodowo?

Pracuję w redakcji sportowej Agencji TVN. Robimy materiały wideo, które później, przez nasz serwis agencyjny x-news, trafiają do telewizji lub na portale internetowe.

KT: W sporcie najwięcej dzieje się właśnie w weekendy. Jakim cudem w ogóle masz czas na MKS?

Mam bardzo wyrozumiałą załogę, od przełożonych, aż po koleżanki i kolegów z działu. Wiedzą, jak ważne jest dla mnie Piaseczno i na mecze seniorów dostaję wolne, co oznacza, że w trakcie sezonu przez ileś sobót musi za mnie pracować ktoś inny. Jestem im za to niezmiernie wdzięczny, bo w lutym minie mi pięć lat w TVN-ie, a przez ten czas nie było żadnego buntu, że Iwanka znów nie ma w sobotę w pracy. Co prawda ja zawsze jestem gotowy do pracy w święta, Sylwestra czy Nowy Rok, ale umówmy się: ile jest w ciągu roku dni świątecznych, a ile sobót meczowych?

KT: A gdyby kazano ci wybierać między pracą a klubem?

Odszedłbym z pracy. Ale wiesz, teraz mogę tak mówić, bo nie mam żony, dzieci, kredytu na mieszkanie itp.

KT: Może już czas wydorośleć? (śmiech)

Słyszę to regularnie od najbliższej rodziny. Ale to nie jest tak, że jestem Piotrusiem Panem, który nie chce dorosnąć, czy Holdenem Caulfieldem (bohater książki „Buszujący w zbożu” – przyp. red.), który gardzi światem dorosłych. Mecze nie są dla mnie przedłużeniem beztroskiego dzieciństwa, bo – jak widzisz – mam pracę, spokojnie poradziłbym sobie „na swoim” itp. Futbol to moja pasja, kocham ten klub i mam nadzieję, że nie będę musiał wybierać między MKS-em a czymkolwiek czy kimkolwiek innym.

KT: A za co obrywasz niesłusznie?

Za to, na co nie mam żadnego wpływu, albo mój wpływ jest minimalny. Ostatnim przykładem mogą być domowe mecze naszej drużyny, rozgrywane bez udziału kibiców. Jaki ja miałem wpływ na to, że podmiot zarządzający stadionem nie wyrobił się – z różnych przyczyn – z przebudową trybun? Żaden. Albo inna sytuacja: kiedyś, podczas wyjazdowego meczu w Milanówku, miało miejsce dość ostre starcie dwóch kibiców z naszej ekipy. Skończyło się na rękoczynach. Bywa. Dwóch dorosłych facetów dało sobie po razie, temat zakończony. Ale ja później przez wiele tygodni wysłuchiwałem od paru starszych kibiców, będących wówczas na meczu, że jako członek zarządu „nie zareagowałem tak, jak powinienem był zareagować”. To co miałem zrobić? Wskoczyć między nich i ich rozdzielać? Wtedy byłoby jeszcze gorzej, bo odbiór byłby taki, że członek zarządu szarpie się z kibolami. I tak źle, i tak niedobrze. Jak u Sofoklesa.

KT: Jak to się stało, że jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób w piaseczyńskiej piłce została osoba, która w życiu nie kopnęła piłki?

Ej, wypraszam sobie! Przez chwilę próbowałem być piłkarzem i nawet strzeliłem gola SEMP-owi Ursynów, którym to osiągnięciem chwalę się, jak serialowy Al Bundy czterema przyłożeniami w jednym meczu. Moja „kariera” trwała jednak bardzo krótko. Zaczynałem u świętej pamięci Aleksandra Czyżewskiego, później trenowałem pod okiem Piotra Stokowca, a po nim naszą drużynę przejął Krzysztof Dudek, który pogonił mnie już na drugim treningu, wypowiadając zdanie, którego nie zapomnę do dziś: „Jeżeli dobrze się uczysz, to się ucz, bo w piłkę to ty nie będziesz grał”. Posłuchałem. Co do tej rozpoznawalności, to założę się, że dużo więcej osób kojarzy choćby trenerów Jarosława Ludwiniaka czy Piotra Czachowskiego, wielokrotnego reprezentanta Polski.

KT: Próbowałeś grać dwa lata, miałeś w tym czasie trzech trenerów i żaden nie poznał się na twoim talencie? (śmiech)

Albo każdy poznał się na moim braku talentu (śmiech). Jakby nie było, Czyżewski przez wiele lat bronił w Legii Warszawa, Stokowiec dobrze radził sobie w ekstraklasie zarówno jako piłkarz, jak i w roli szkoleniowca, a Dudek zrobił z GOSiRkami ekstraligę kobiet, więc wygląda na to, że wszyscy ci ludzie mieli jednak pojęcie o piłce.

KT: Który z zawodników, którzy z tobą zaczynali, zrobił karierę?

Najbardziej wybił się Tomek Dudek, który jest co prawda młodszy o rok, ale pamiętam, że trenował z nami. „Dudi” przeszedł z Piaseczna do ekstraklasowej Polonii Warszawa, pograł tam – już po spadku – na zapleczu elity, potem występował w mającym spore ambicje Górniku Łęczna, a także solidnym wówczas Świcie Nowy Dwór Mazowiecki. Kilku zawodników, jak choćby Tomek Klarowicz, także młodszy o rok, pokopało na poziomie IV ligi. Warto wspomnieć jednak o tych, którzy kariery w ogóle nie zrobili, choć zapamiętałem ich jako naprawdę wyróżniających się za moich czasów graczy. Kiedy zaczynałem trenować, w moim roczniku było w Piasecznie – przynajmniej z mojej perspektywy – dwóch wybitnych piłkarsko dzieciaków: Piotr Bedra i Mariusz Skorupa. Żaden nie dotrwał jednak do wieku seniora, szybko przestali grać w piłkę. Pierwszy do dziś regularnie pojawia się na meczach MKS-u w roli kibica, zaś „Jupa” prowadzi pod Piasecznem warsztat samochodowy. Skorupa to zresztą autor honorowego gola – z podania Rafała Jaworskiego, pamiętam, jakby to było wczoraj – w meczu naszego rocznika z zespołem z rocznika ’83, w którym grał choćby Grzesiek Komosa. Przegraliśmy tamto spotkanie 1:9, beczałem po nim trzy dni. Taka trauma z dzieciństwa… Wracając do talentów: świetnie zapowiadał się Michał Chałupka, którego syn zaczyna teraz przygodę z futbolem w naszym klubie. Marcin Kowalik, bardzo solidny i waleczny zawodnik, jest teraz znakomicie radzącym sobie biznesmenem. Grzesiek Janiszewski, nasz ówczesny bramkarz, pracował w hip-hopowej wytwórni Wielkie Joł, a Darek Ciechowicz, który za moich czasów był dobrym defensywnym pomocnikiem, przestawił się na pozycję bramkarza, ale chyba nie wybił się ponad okręgówkę, w czym przeszkodziła mu zresztą poważna kontuzja ręki.

KT: Jak wtedy wyglądało funkcjonowanie drużyn juniorskich w Piasecznie?

To był inny świat. Przebieraliśmy się – czy w trzydziestostopniowym upale, czy przy minusowych temperaturach – albo w stojącym przy bramie wjazdowej barakowozie, albo za linią boczną boiska, a trenowaliśmy i rozgrywaliśmy mecze na słynnej „Saharze”, czyli drugim… nawet nie boisku, a klepisku, na którym w lato można było dostać pylicy, a jesienią zatopić się po kostki w błocie. Trenowaliśmy, co warto podkreślić, swoimi prywatnymi piłkami, a kiedy ktoś przyszedł na zajęcia bez futbolówki, dostawał solidny opieprz od szkoleniowca za brak przygotowania. Teraz dzieci mają do dyspozycji orliki, oświetlone sztuczne boisko, szatnie, nie muszą się martwić o piłki, a wydaje mi się, że narzekania jest więcej, niż było za moich czasów.

KT: Dlaczego?

Nie wiem, być może z innej mentalności zarówno samych dzieci, jak i rodziców? Kiedy ja próbowałem grać w piłkę, nie do pomyślenia była np. sytuacja, że rodzic podchodzi do trenera z pretensjami, że jego syn gra za krótko, nie na tej pozycji, ma nie takie zadania taktyczne itp. To szkoleniowiec był od prowadzenia drużyny, a rolą rodzica było przywieźć dziecko na trening i odebrać go po zajęciach. Z drugiej strony, wzrosła świadomość dzieci i rodziców, wiele rzeczy zmieniło się też na dobre i to, co za moich czasów było normą, teraz – całkowicie słusznie – byłoby uznane za patologię.

(w tym momencie znikąd pojawia się redaktor Lipski i sam zaczyna nękać pytaniami)

Darek Lipski: Rok 2013, wtedy stadion przy 1 Maja przechodzi we władanie Gminnego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Od tamtego momentu obiekt zmienił się nie do poznania. Zdecydowanie unowocześniono infrastrukturę tak by Piaseczno miało bazę sportową godną XXI wieku. Jednak według mnie stracił charakter. Też masz takie odczucia?

Do XXI wieku jeszcze nam troszeczkę brakuje, ale nie da się ukryć, że obiekt się zmienia. I dobrze, bo wiele zmian było potrzebnych. Co do charakteru, to faktycznie, ten stadion miał klimat, ale chyba lepiej, że nie podtrzymujemy go brakiem krzesełek na części trybun, która była bliżej bramy wejściowej, że nie budujemy go schodami, z których można było wyrywać kawały betonu itp. Zaznaczę, że nowe trybuny mi – mówię tu jako kibic, nie członek zarządu – się nie podobają, ale pamiętajmy, że są one zamontowane na okres przejściowy, a za kilka lat będzie to już wyglądało zupełnie inaczej, dużo lepiej. Poza tym klimat i charakter budują przede wszystkim ludzie, a nie krzesełka, ławki itp.

DL: Powiedz szczerze – wierzysz w to że założenia architektoniczne sprzed paru lat (podwyższenie trybun, umiejscowienie tam szatni, zadaszenie czy wreszcie – dla Ciebie jako spikera – budka w której mieści się centrala nagłośnienia) w ogóle się spełnią? Pamiętaj że w przyszłym roku wybory samorządowe a niestety polityka ma bardzo duży wpływ i jest zmienna).

Wierzę, choć zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że przy różnych układach politycznych plany związane z tym, co się dzieje na stadionie, mogą ulec zmianie. Zawsze może paść sakramentalne: „Dlaczego stadion, a nie droga/ żłobek/ przedszkole” czy cokolwiek innego. Wiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, że rozwój infrastruktury na stadionie to konieczność, więc tak, wierzę, że te bardziej optymistyczne plany zostaną zrealizowane. Niezależnie od wyniku najbliższych wyborów.

DL: Mimo że zasiadasz w zarządzie MKS-u to i tak ludzie będą Ciebie pamiętać jako jednego z tych, którzy stoją w młynie i śpiewają pieśni pochwalne na część obecnego MKS-u czy dawnej KS’u, zwłaszcza na wyjazdach. Który wspominasz najmilej oraz czy był taki o którym chciałbyś zapomnieć?

Jak mówiłem, nadal jestem przede wszystkim kibicem, bo skład zarządu się zmienia, dziś w nim jestem, jutro może mnie nie być, a klub zawsze będzie w sercu. Co do wyjazdów, to najmilej wspominam oczywiście baraż o III ligę w Paradyżu. Ponad sto osób z Piaseczna, licząc młyn i starszych kibiców, pewne zwycięstwo, a potem radość z zawodnikami na płycie boiska. Ale było wiele wyjazdów, które z różnych względów także zapadły mi w pamięć. Pogoń Zduńska Wola, gdzie pojawiliśmy się naprawdę bardzo dobrą ekipą, Zryw Sobolew, na którym było mnóstwo śmiechu, czy wyjazd na sparingowy mecz z juniorami Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski, po którym to meczu kierownik gospodarzy podszedł do nas, pogratulował zapału i dodał, że chciałby mieć takich kibiców u siebie. Najgorszym wspomnieniem jest natomiast zdecydowanie wyjazd na GLKS Nadarzyn, gdzie przegraliśmy 0-7…

KT: Jeżeli mówimy o historii, to warto poruszyć temat joggera. Kiedy i jak powstała strona kspiaseczno.jogger.pl, pierwsza poważna nieoficjalna witryna o klubie, i dlaczego już od długiego czasu jej nie ma?

Na początku małe sprostowanie, bo jogger nie był pierwszą nieoficjalną stroną o KS-ie. Kilka czy nawet kilkanaście miesięcy wcześniej powstała typowo kibicowska witryna Picnic Boys, prowadzona przez Patryka „Globusa”, jednego z fanów z naszej ekipy. Tam też zamieszczane były wiadomości czysto sportowe, choć zdecydowanie przeważały na niej informacje, które dotyczyły sceny kibicowskiej. I u mnie początkowo też miało być tak, że relacja z meczu miała być jedynie, obszernym, bo obszernym, ale jednak dodatkiem do informacji kibicowskich. Ilu nas było, ile flag wywiesiliśmy, jak wyglądał doping itp. Szybko jednak okazało się, że dużo większe zapotrzebowanie jest na sprawy wyłącznie sportowe i gdy – jeszcze w pierwszych miesiącach funkcjonowania joggera – wspomniałem w którejś relacji, że po jednym z wyjazdowych spotkań mogło dojść do ustawki między miejscowymi kibicami a fanami Piaseczna, w komentarzach było mnóstwo głosów oburzenia. Z czasem ograniczyłem więc informacje z trybun, skupiając się wyłącznie na boisku. Co do historii powstania strony, to powstała ona właśnie ze względu na to, że witryna Picnic Boys przestała funkcjonować. Z racji tego, iż słabo znałem się na sprawach informatycznych, Arek Łączyński, kolega z liceum, a także kibic, regularnie jeżdżący wówczas na mecze, do spółki z Adamem Niezgodą, moim drugim znajomym ze szkoły średniej, uznali, iż najlepiej będzie postawić stronę tam, gdzie będzie mi najłatwiej ją obsługiwać. Stąd właśnie jogger.pl, który służył nam od września 2006 roku. Strona umarła śmiercią tragiczną, ponieważ właściciel całego joggera uznał, że nie jest już w stanie tego ciągnąć. A ja przeoczyłem wiadomość, w której informował, że za miesiąc to zamyka, dlatego nie zdążyłem przenieść wszystkiego na inną stronę. Nie było tak, że zabrakło pieniędzy, chęci itp. Przynajmniej nie z mojej strony.

KT: Przepadło kilka lat życia klubu?

Sporą część tekstów udało się odzyskać. Najbardziej żal mi jednak straconych zdjęć.

KT: Jogger miał kiedyś jeden kryzys. Pisałeś nawet, że przestajesz już funkcjonować.

Tak, pamiętam. Wiązało się to z tym, że z powodu meczów mocno zaniedbałem studia i niewiele brakowało, a nie obroniłbym się w terminie. Jogger zniknął na ponad miesiąc, a to, że zmartwychwstał, jest zasługą… Pawła Żurkiewicza. W czerwcu 2010 roku nasze rezerwy grały mecz ostatniej kolejki ligi okręgowej przeciwko LKS-owi Chlebnia. Koniec sezonu, nie ma już „spadów” z „jedynki”, do tego jakieś kontuzje i choroby w drużynie. W każdym razie było tak, że biało-niebiescy wyszli na to spotkanie w dziewiątkę. I – grając w dziewiątkę – puknęli tę Chlebnię 1:0! Bohaterem meczu był właśnie „Żurek”, strzelec jedynego gola. Byłem na tym meczu i uznałem, że taka historia nie może odejść w zapomnienie. Napisałem relację, a jak już zacząłem, to… jogger znów zaczął żyć.

KT: Zawaliłeś studia?

Nie, zaliczyłem wszystkie egzaminy, napisałem i obroniłem pracę magisterską. Wszystko skończyło się pomyślnie.

KT: Studiowałeś dziennikarstwo?

Filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Z wykształcenia jestem nauczycielem polonistą i nawet przez moment poważnie zastanawiałem się, czy nie zostać belfrem. Tym bardziej, że całkiem nieźle szło mi na praktykach w szkołach. Choć dziwnie się czułem, gdy w liceum ludzie o zaledwie trzy lata młodsi mówili do mnie: „panie profesorze” (śmiech).

KT: Co się stało, że poszedłeś w stronę dziennikarstwa?

Nie wiem, czy przepisy się od tamtego czasu zmieniły, ale kiedyś było tak, że po studiach każdy kandydat na nauczyciela miał trzy lata na odbycie rocznego stażu w szkole. Jeżeli tego nie zrobił, „wygasały” mu kwalifikacje i gdyby chciał wrócić do pracy w tym charakterze, musiałby najpierw zdać egzamin w kuratorium. Ja miałem drobne problemy ze znalezieniem szkoły na ten roczny staż, ponieważ dość późno zabrałem się za szukanie i nigdzie w okolicy nie było już wakatów. Najbliższa placówka, która byłaby w stanie mnie przyjąć, mieściła się za Otwockiem, gdzie bez samochodu trudno było mi dojechać. Zrezygnowałem, a żeby nie siedzieć bezczynnie w domu, poszedłem do pracy do Gadu-Gadu, które, poza komunikatorem, miało już wówczas portal. Zajmowałem się tam sportem, do spółki z Rafałem Mandesem, który teraz pracuje w portalu TVP, Piotrkiem Biedrzyckim, z którym później spotkałem się także w TVN-ie, oraz Piotrkiem Wesołowiczem, który teraz pisze w „Wyborczej”. Spodobało mi się tak, że zrezygnowałem z myśli o pracy w szkole. Nie zrobiłem nawet tego rocznego stażu.

KT: Ale przygodę z dziennikarstwem zaczynałeś bardzo lokalnie.

Zgadza się, od pracy w miesięczniku „Okolica”, w którym szansę dała mi Ewelina Gościcka. A później był jeszcze tygodnik „Nasz Sport i Kultura”, gdzie na piaseczyńską piłkę miałem już kilka stron. Mimo to moim oczkiem w głowie cały czas był jogger.

KT: To było hobby, czy coś przez te kilka lat na nim zarobiłeś?

Nie zarobiłem ani grosza. Mieliśmy przez moment reklamę, z której za ileś tam klików mogliśmy dostać bodajże 100 dolarów. Niestety, ktoś się dopatrzył, że jeden z kibiców zachęcał do klikania w tę reklamę na Gronie, co było naruszeniem umowy, więc nie zobaczyłem nawet tych marnych stu dolców. Ale na szczęście niewiele też na joggerze straciłem, bo postawienie strony kosztowało grosze, nie było nie wiadomo jakich opłat za serwer itp. A kosztów dojazdu na stadiony nie liczę, bo czy z joggerem, czy bez, na mecze i tak bym jeździł.

KT: Jaką to miało oglądalność?

Różnie to wyglądało. Nieraz było kilkadziesiąt tysięcy wyświetleń w miesiącu, innym razem kilka tysięcy. Zależy, co się działo. Ale też specjalnie nie śledziłem tych słupków i wykresów. Nie zarabiałem na tym, więc mało ważne było, czy dany post obejrzało milion internautów, czy tylko ja.

KT: Pamiętasz, co się najlepiej klikało?

Pamiętam. Na pierwszym miejscu była relacja z meczu z Radomiakiem Radom. Tego, na którym doszło do awantury pod kasami, a później jeszcze spięcia za trybunami. Na drugim miejscu był wywiad z Pawłem Maślanką, o którym wiele osób mówiło, że to najlepszy tekst, jaki kiedykolwiek pojawił się na joggerze. Na trzecim był wywiad z Marcinem Pieniążkiem. Tuż za podium były wywiady z Tomkiem Dudkiem, „Depeszem”, Marcinem Papierzem, Lindą Dudek, notka o pomyśle ówczesnego zarządu, by kibice z młyna musieli wyrabiać sobie imienne identyfikatory, informacja o reaktywacji drużyny seniorskiej i wywiad z Jarosławem Ludwiniakiem.

KT: Pamiętam, że trochę go „przeczołgałeś”.

Bez przesady. Było kilka trudnych pytań, opierających się głównie na plotkach czy opiniach nieprzychylnych mu osób, ale chyba na tym to polega? Wywiad nie może być spijaniem sobie z dzióbków.

DL: Trzeba przyznać że w dziennikarstwie masz naprawdę dużo szczęścia do wywiadów. Najpierw epizod Piotra Kardasa (byłego zawodnika ówczesnego KS’u i KP Piaseczno) który parę lat temu znalazł się na Malediwach, potem jako pierwszy rozmawiałeś z Marcinem Marcinkowskim (ostatnio Polonia Warszawa) gdy zaliczał swe szkoleniowe tournee po Półwyspie Iberyjskim.

Fakt, mamy to szczęście, że przez Piaseczno przewinęło się naprawdę wielu ciekawych piłkarzy. Piotrek Kardas grał na Malediwach, Marcin Marcinkowski był na testach w paru markowych klubach, a przez jakiś czas bronił na Cyprze, a przykłady można mnożyć, bo np. Daniel Dylewski zaliczył epizod w lidze fińskiej, Mariusz Milewski to wielokrotny reprezentant Polski w futsalu, a z ostatnich miesięcy można jeszcze dodać Michała Zająca, zawodnika z rocznika 2004, który wyleciał do Malezji. Nieźle, jak na klub, który wielkością odbiega – miejmy nadzieję, że tylko na razie – od Legii Warszawa czy Wisły Kraków.

KT: Ale ty chyba zdecydowanie nie należysz do osób, które uważają tego trenera za „wuefistę” czy „bajkopisarza”.

Bo zdążyłem go przez te lata poznać. Wcześniej bywało różnie, co zresztą trener do dziś w żartach mi wypomina. Ja również myślałem, że jest mistrzem hiperbolizacji, że w niektórych sprawach mocno koloryzuje, a w innych niepotrzebnie dramatyzuje. A potem zdarzyła się sytuacja, po której długo zbierałem szczękę z podłogi. Siedzieliśmy w klubie, trenerowi Ludwiniakowi zadzwonił telefon. Spojrzał na mnie i powiedział, że weźmie na głośnomówiący, żebym znów nie pomyślał, że to historia z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Dzwonił koordynator pionu juniorskiego z zespołu, który grał wówczas w ekstraklasie. Rozumiesz to? Człowiek z wąskiego grona kilkunastu najlepszych polskich drużyn prosił o poradę w sprawie piłki młodzieżowej gościa, który parę miesięcy wcześniej awansował z A-klasy do okręgówki. A to nie był pojedynczy przypadek… O Ludwiniaku można mówić wiele, ale na piłce młodzieżowej zna się jak mało kto. Do tego ma świetne oko do zawodników i już cztery razy na cztery próby musiałem mu po latach przyznawać rację, że piłkarz, w ocenie którego mieliśmy mocno rozbieżne zdania, robił lub nie robił kariery dokładnie tak, jak mówił Ludwiniak. No i jest to szkoleniowiec, który potrafi przewidywać. Pewne problemy, z którymi się dziś borykamy, on sygnalizował już parę lat temu, tyle że wówczas mało kto mu wierzył…

KT: Dlaczego na stronie oficjalnej nie ma już takich wywiadów, jakie były na joggerze?

Ponieważ strona oficjalna nie jest miejscem, na którym porusza się pewne tematy, zwłaszcza te, których podłożem jest plotka albo zwyczajny hejt. Co nie znaczy, że trudnych spraw w ogóle nie ma. Najwięcej wyświetleń na obecnej stronie miał wywiad z Hubertem Brodowskim, o którym na pewno nie można powiedzieć, że była to wesoła rozmówka…

KT: To prawda, że dostałeś zakaz pisania o porażkach MKS-u?

Weźmy bieżący sezon. Widziałeś relacje z meczów z Pilicą Białobrzegi, Mszczonowianką Mszczonów, Energią Kozienice i Błonianką Błonie? Cztery spotkania z rzędu, zakończone porażkami. Relacje są? Są. Nie było żadnego zakazu pisania o porażkach. Była tylko luźna rozmowa, że wiele klubów, czy to z naszej ligi, czy z drużyn lokalnych, nie wrzuca informacji z przegranych spotkań. Z ciekawości to sprawdziłem i… rzeczywiście, patrząc na witrynę lub profil facebookowy tego czy innego klubu, można się zdziwić, że po tak nieustającym paśmie sukcesów nadal szykują się na A-klasę czy okręgówkę, a nie na Real Madryt. Ja jednak uważam, że prawda jest ważniejsza od propagandy.

KT: Kiepski z ciebie PR-owiec.

Odróżniajmy PR-owca od Goebbelsa. Uwierz mi, że stukanie w klawisze idzie mi na tyle sprawnie, że nawet największą kompromitację umiałbym podkoloryzować tak, żeby wyglądała pozytywnie. Ale, przynajmniej moim zdaniem, nie na tym rzecz polega, żeby ciągle śpiewać: „Jest super, jest super, więc o co ci chodzi?”. Nie mam problemów, żeby napisać, że drużyna zagrała piach, kiedy zagrała piach.

KT: Zawodnicy nie mają o to do ciebie pretensji?

Świadomy zawodnik sam wie, kiedy zagrał dobrze, a kiedy źle.

KT: Ale wiesz, że czasami to ty możesz się mylić w ocenie?

Jak najbardziej. I jestem wdzięczny, gdy ktoś konstruktywnie pokaże mi, że się pomyliłem. Pamiętam, że kiedyś, jeszcze na joggerze, wystawiałem po rundzie oceny poszczególnym zawodnikom. W naszej drużynie grał wówczas Michał Marzec. Oceniłem go bardzo wysoko, bo zespół był akurat na fali, a on sam zaliczył nawet kilka punktów za gole czy asysty. Jeden z trenerów, który nie zgadzał się z taką notą, zwrócił mi uwagę na pewien szczegół. Otóż „Diabeł” bardzo często zagrywał wszerz boiska i tylko dzięki przytomności bramkarza, partnerów z obrony, albo kiksów napastników, takie zagrania „na konia” nie kończyły się golami dla rywali. I nie sposób było się z tym nie zgodzić. Czym innym są jednak jakieś niuanse taktyczne lub sytuacje z gatunku „gdyby…”, a czym innym fatalna gra, widoczna nawet mniej wprawnym okiem.

KT: Ostatnio nie najlepiej układa się współpraca Piaseczna z okolicznymi klubami. Z winy MKS-u?

Nie powiedziałbym, żeby współpraca z Victorią Głosków i Perłą Złotokłos układała się nie najlepiej.

KT: Ale już z Laurą Chylice i Jednością Żabieniec masz „kosę”?

Ja? Z całymi klubami? A czym mi niby zawinił np. Krzysiek Trześniewski z Jedności, mój kolega z podwórka, z którym znam się grubo ponad 20 lat i z którym za dzieciaka rozgrywaliśmy pamiętne mecze Ajax kontra Manchester United? Bez przesady. Jeżeli możemy w ogóle mówić o jakichś problemach, bo spora część jest zbyt mocno rozdmuchana, to dotyczą one nie klubów, a pojedynczych osób. I można te osoby policzyć na palcach jednej ręki.

KT: Masz na myśli kogoś konkretnego?

Oczywiście, ale nie chcę tu teraz nikogo kamienować. Rozumiem, że każdy walczy o to, by jego klub miał jak najlepiej, ale nie może się to odbywać za pomocą niedopowiedzeń, półprawd czy ordynarnych kłamstw. Z każdym da się dojść do porozumienia. Potrzebne są tylko chęci obu stron.

KT: Wszystko rozchodzi się o sztuczne boisko i dotacje?

Przede wszystkim. Ale naprawdę nie chciałbym o tym mówić, bo jeżeli ktoś ma pretensje, i to do nas, że MKS dostaje większe dotacje na osiemnaście drużyn juniorskich, z których spora część gra w najwyższych ligach na Mazowszu, niż klub X czy Y na pięć drużyn, to o czym my mówimy? Gdyby zachować proporcje, okazałoby się pewnie, że w przeliczeniu na jednego zawodnika dostajemy sporo mniej, niż ma reszta. Pewne sprawy wymagają rozwiązań systemowych, działania na poziomie gminy. Nie do nas powinno się je kierować.

KT: A stadion?

Przede wszystkim wiele osób zapomina, że jest to stadion miejski, a nie gminny. Gmina, za pomocą GOSiR-u, tylko nim zarządza. Nie rozumiem zatem, dlaczego kluby miejskie, czyli MKS i GOSiRki z piłki kobiecej, miałyby nie być traktowane priorytetowo. Mieszkamy w gminie Piaseczno, a nie Pęchery czy Grochowa.

KT: Ale w gminie jest tylko jedno pełnowymiarowe sztuczne boisko.

Ja to doskonale rozumiem, dlatego powiedziałem, że pewne sprawy wymagają rozwiązań systemowych.

KT: Czyli co, musisz startować na radnego, żeby było lepiej?

Kilka lat temu startowałem i nawet niewiele mi zabrakło, by dostać się do rady gminy. Ale jakoś mnie do polityki nie ciągnie. Aczkolwiek nie da się ukryć, że jeśli radni nie stworzą odpowiedniego klimatu dla sportu, to nadal będzie tak, że najlepsza drużyna z gminy będzie grała maksymalnie w IV lidze.

KT: Mówisz, że nie ciągnie cię do polityki, a od paru miesięcy działasz w Radzie Organizacji Pożytku Publicznego.

Naprawdę ktoś uważa, że poszedłem tam, żeby zbijać kapitał polityczny? Że my w tej radzie siedzimy i liczymy, od kogo dostaniemy głosy? Zachęcam wszystkich, by zapoznali się z zasadami jej funkcjonowania i poznali ludzi, którzy w niej zasiadają. Wioletta Urban, Ewa Lubianiec czy Łukasz Owczarek robią w tej gminie tyle dobrego, że powinno się im stawiać pomniki. Ale oczywiście zawsze znajdą się tacy, którzy wszystko sprowadzą do kwestii: „a ile ona/ on na tym zarabia?”. Smutne to jest.

KT: Jeszcze niedawno marzyłeś o własnej gazecie, w której pisałbyś o lokalnym sporcie. Coś się w tej kwestii zmieniło?

Nie. Nadal uważam, że pod względem tego, co robiłem, tygodnik „Nasz Sport i Kultura” był najlepszą pracą w moim życiu. Marzy mi się stworzenie solidnego darmowego tygodnika, w którym pisałbym przede wszystkim o piaseczyńskiej piłce.

KT: Czego ci brakuje? Czasu? Pieniędzy?

I pewnie odwagi. Wiem, że nie jest łatwo ruszyć z takim projektem, a potem jeszcze „rozbujać” go tak, żeby móc się z niego utrzymywać. Pieniądze są tu bardzo ważne, bo, niestety, idei do garnka nie włożysz. Ale nadal wierzę, że kiedyś mi się uda.

KT: A jakieś inne marzenia?

Chciałbym, żeby w klubie było jak najlepiej. Po prostu. No i marzy mi się, by któregoś dnia wychowanek Piaseczna zagrał w Ajaksie Amsterdam, moim drugim ulubionym zespole.

KT: Wszystkie twoje marzenia związane są z MKS-em? (śmiech)

(śmiech) Nie, ale o spełnienie tych pozapiłkarskich trzeba zadbać samemu. Byle tylko zdrowie pomogło w ich realizacji.

 

Rozmowa ukazała się dzięki uprzejmości Krzysztofa Traczyka, a przysłowiowe trzy grosze dołożył również Darek Lipski fot. prywatne archiwum Roberta Iwanka

Facebook

Więcej newsów w kategorii: Główna